Bywały w Holi roki rozmaite, ale takiego ambarasu, jak wtenczas, kiedy to nową kulturę sanitarną pod strzechy nagle poczęto wdrażać, najstarsi ludzie nie pamiętali.

A było to z wiosny, kiedy błoto na poleskich gościńcach po osie stało, a z mokradeł dymy mgieł wstawały siwe i lepkie. Zjechali urzędnicy z powiatu, mapy rozkładali na zydlu przed karczmą, wąsy pomadowane kręcili i powiadają gromadzie: koniec z dołami za chlewem, koniec z wywózką gnoju na chybił trafił, idzie postęp, nakazano budować szczelne, bezodpływowe zbiorniki podziemne, a mianować to nakazano z pańska: szambo.

Chłopy z Holi – naród z natury cichy, bogobojny, ale do nowinek urzędowych podejrzliwy jak wilk do żelaznego pastucha – stanęli ławą pod płotem, czapki baranie w kułakach gniotąc.

— Cudo jakieś niemieckie abo inna zaraza — mruczał pod nosem stary Onufry, plwając w perz. — Do ziemi gnojówkę chować pod deski i zaprawę? Żeby to w gruncie zakisło, a potem w studniach śmierdziało? Ojcowie za stodołę chodzili, wiatr przewiewał, słońce suszyło, a tu panocki każą w ziemi grobowiec na plugastwo murować! Przecie to jawna pokusa na zarazę, a może i diabelska sztuka, coby z ludzi ruble wyciągnąć za cement.

Nie byłoby z tego może wielkiej zwady, bo chłop pomruczy, w garść napluje i na pole pójdzie, gdyby nie to, że w południe na środku drogi, tuż pod rozłożystą lipą niedaleko cerkiewnego muru, zeszli się dwaj pierwsi we wsi dygnitarze: wójt Kostyk – urzędnik z nadania, w kamizeli na glanc, i proboszcz holskiej cerkwi, batiuszka Antoni – mąż postury niedźwiedziej, z brodą po pas, w piśmie i księgach cerkiewnych biegły nade wszystko.

— Słuchajcie no, ojcze dobrodzieju — zaczął wójt z wyższością, pukając palcem w urzędowy papier z orłem. — Wy tam ludziom z ambony wytłumaczcie, żeby w rebelie nie szli, bo to postęp higieniczny. Szambo trza kopać! A słowo to, żebyście wiedzieli, z samej Francji idzie, z Paryża! Uczony inżynier nazwiskiem Champonnois, markiz jaki, głowę nad tym suszył, jak Paryż od biady smrodu ocalić. Od jego to godności szambem się to mianuje. Szlachectwo w tym i cywilizacja!

Batiuszka poprawił na piersiach krzyż mosiężny, spojrzał na wójta jak na gieza spod końskiego ogona i aż sapnął, aż mu się szpakowata broda zjeżyła.

— Ty mi tu, wójcie, paryskich markizów przed cerkiew nie przynoś i głupstw z kancelarii ludziom do głów nie kładź! — zagrzmiał głos basowy, aż wrony z cerkiewnych kopuł poderwały się z wrzaskiem. — Jaki Szamponua? Jakie szlachectwo z Paryża? Toć przecie gołym uchem słychać, że to słowo od wschodu, od dawnych pogańskich czasów albo i z hebrajskiego pnia idzie! Szam to u Semitów pustynia albo spustoszenie, a szamot u nas – toć to glina ogniotrwała do pieca! A jak nic z języka greckiego trza to brać, od sambucus abo i zepsucia, co na dnie piekielnym zalega! Chcecie, żeby prawosławny lud za obcym bełkotem szedł i czcił nazwiska jakichś bezbożników, co pod gilotyną głowy tracili?

— Ojcze! — zawołał wójt, czerwieniejąc na twarzy jak burak ćwikłowy. — To jest przeciwko powiatowej instrukcji! Ja w Chełmie w szkole byłem, sam widziałem rycinę: pan Champonnois, w cylindrze i z pompą parową! Od Francuza to pochodzi, jak amen w pacierzu!

— Od Francuza? — zaśmiał się batiuszka sardonicznie, a chłopi, widząc, że pop wójta pod włos bierze, poczęli podchodzić bliżej, kręgiem ich otaczać. — A cóż to ten Francuz wymyślił? Kloc do ziemi wbić i gnoju nalać! Gdyby to od Francuza szło, to by się zwało perfuma, a nie szambo! Słowo to, powiadam wam, z dawien dawna zepsucie oznacza, a w księgach starocerkiewnych na plugastwo moralne podobne wyrazy stały. Ty ludziom wmawiasz francuskie salony, a to jest zwyczajna ziemska otchłań, pychą wójtowską podlana!

Gromada zaszemrała. Stary Parfien podparł się na sękatym kiju i rzekł:

— Batiuszka prawdę prawią. Francuz to by żaby z bagna wyzbierał, a nie doły pod chlewem murował. Nam tu wójt za dużo z miasta przywozi. Najpierw podatek od psa, a teraz paryskie gówno w ziemi zakopywać każą!

— Ciemnota! — wrzeszczał wójt, machając teczką z tektury. — Inżynieria to jest! Zbiornik szczelny, gazy w rurę idą, asenizacja pompą!

— Sam żeś ciemnota — odparował proboszcz z godnością, krzyżem w powietrzu znak czyniąc, jakby złego od wójta odganiał. — Jeśli ten wasz Szamponua taki mądry był, to czemu u nas pod lasem nikt o nim pieśni nie ułożył? Gdzie jego mogiła? Gdzie pamięć? Narzucacie słowo plugawe na rzecz plugawą i jeszcze chcecie, by lud w tym dumę widział!

Spór trwał do samego zmierzchu. Wójt wyciągał z kieszeni kwity i cyrkuły, udowadniając z francuska nosowe brzmienia, a pop cytował pisma ojców Kościoła, wywodząc, że cokolwiek w ziemi bezbożnie zgniliznę trzyma, musi z dawnego pogańskiego miana pochodzić i z czarciego rodu się wywodzić.

Chłopi z Holi posłuchali jednego, posłuchali drugiego, pokiwali głowami i poszli do domów. Doły wprawdzie z czasem wykopali – bo urzędnik z żandarmem groził karą i aresztem we Włodawie – ale deski na wierzch dali grube, dębowe, a nad każdym dołem stary Onufry na wszelki wypadek mały krzyżyk z jałowca zatknął.

Ani to bowiem nie był dla nich paryski salon pana Champonnois, ani cerkiewne piekielne czeluście – ot, zwyczajny, poleski dół, w którym ludzka bieda i urzędowy upór mieszały się ze sobą od wiosny do zimy. A na samo słowo szambo jeszcze przez długie lata starsi mawiali półgębkiem, oglądając się za siebie, czy aby zza węgła ani poborca z powiatu, ani diabeł z bagien nie wygląda.