Jesienią roku pańskiego tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego w Holi ziemia parowała już chłodem, a z mokradeł pod wieczór ciągnęło mgłą… Chłopy siedziały u Władka za stodołą na odwróconych kankach po mleku i pędziły czas, jak potrafiły najlepiej – czyli dzieleniem zapałki na czworo.
Wtedy to Stanisław wyciągnął zza pazuchy wymięty numer gazety sportowej, co to ją siostrzeniec ze samej Mełgwi przywiózł, postukał w nią zżółkniętym od machorki palcem i powiada:
— Patrzcie tu. Dwudziesty drugi listopada. Ateny. Panathinaikos z tym, no… z Olimpiakosem w kosza grają. Dwa punkty różnicy w tabeli, ogień na parkiecie, tablice się trzęsą. My tam musimy być.
Zapadła cisza, tylko gąsior w zagrodzie zasyczał. Władek z Bronkiem spojrzeli najpierw po sobie, potem na swoje gumofilce oblepione poleskim błotem, a wreszcie w oczy Stanisława. I w tym momencie ta myśl, dzika i niedorzeczna jak banan w wiejskim sklepie, zapuściła korzenie w ich głowach. Dlaczego akurat Ateny? Nikt nie wiedział. Ale zrodziła się misja.
Baby zwąchały sprawę migiem, bo chłop, jak coś knuje, to albo za długo milczy, albo za bardzo ugodowy przy obieraniu ziemniaków bywa. Jak Stanisławowa usłyszała przy studni o tych Grekach, to aż jej koromysło z rąk poleciało.
— Gdzie?! — wrzasnęła, aż kury na płot pofrunęły. — Na jakie Anteny?! Do Grecji, za te słone morza, piłkę patrzeć, co une, te cudaki do koszyka wsadzają, jakby to były kopy kartofli?! Wam w tych łbach to już całkiem trociny skisły! Zamiast dach na szopie papą pociągnąć przed mrozem, to oni na południe chcą wędrować!
Baby w całej wsi lament podniosły, rady nad nimi odprawiały, a pojąć za nic nie mogły tego osobliwego kierunku. Bo żeby na odpust do Kodnia, to po bożemu. Żeby na jarmark do Włodawy po prosiaka – rzecz ludzka. Nawet do Lublina po rajtuzy czy uszczelki by zrozumiały. Ale żeby przez góry, przez Dunaj, do jakichś Greków, co to oliwą chleb smarują i w sandałach po kamieniach latają? Czyste opętanie.
I może chłopy jakoś po cichu by paszporty wykombinowali albo przez zieloną granicę na furmance próbowali, gdyby nie szaman Sergiej. Sergiej to był człowiek z innej gliny. Jeździł po okolicy bordową Ładą Żiguli na lubelskich blachach, a wyglądał jak zjawa ze zachodniego snu – nosił szeleszczące, jaskrawe ortaliony z darów UNRRA, z wielkimi napisami niemieckich klubów tenisa stołowego: TTC Grenzau i Borussia Düsseldorf. Mówili we wsi, że Sergiej ma trzecie oko, bo wódkę potrafił w zamkniętej piwnicy wyczuć, ale przede wszystkim miał ucho do cudzych sekretów.
Sergiej zajechał pod sklep, trzasnął drzwiami Żiguli, poprawił ortalionową stójkę, spojrzał na chłopaków swoimi wyblakłymi ślepiami i od razu wiedział, co jest grane. Wywąchał grecki spisek na kilometr. Nie minęła godzina, a już siedział w kuchni u Stanisławowej, siorbał herbatę z fusami i donosił:
— Oni wam, mateczko, w nocy uciekną. Stanisław ma już chleb w worku wysuszony na suchary, a Bronek z Władkiem sznurek do walizek szykują. Od was jadą… Odpocząć w jakiś sposób…
Chłopy podsłuchiwali. Dla spiskowców stało się jasne: trzeba wiać natychmiast. Pod osłoną nocy, zanim baby zamkną ich w komorach na kłódki.
Wymknęli się o trzeciej nad ranem, w butach trzeszczało od niedomytych stóp, a serca biły im jak przed sądem ostatecznym. Stanisław niósł w tekturowej walizce słoninę, dwie butelki bimbru na łapówki dla celników i mapę Europy wyrwaną z atlasu szkolnego z 1974 roku. Bronek odpowiadał za logistykę i rozpoznanie trasy.
Dotarli pod drewnianą wiatę przystanku PKS. Ciemno, choć oko wykol, żarówka na słupie dawno stłuczona z procy przez miejscowych wyrostków. PKS miał być pierwszy, ten, co zabiera robotników i łączy Holę z wielkim światem – z Chełmem, z Lublinem, a stamtąd, jak sobie wykalkulowali, to już prosta droga na południe przez Karpaty.
Niebawem z mroku wyłoniły się żółtawe, mdłe reflektory Autosana. Silnik rzęził, wóz zatrząsł się i stanął w kałuży.
— Wsiadajcie, chłopy, byle prędko! — syknął Bronek, mrużąc oczy i zezując na tablicę za przednią szybą. Płachta była ubłocona, litery koślawe, a Bronkowi od tych emocji i wzrok spłatał figla. Wepchnęli się do środka, gdzie śmierdziało mokrym kożuchem, dymem ze Sportów i ropą. Usiedli na tylnym siedzeniu z ceraty, odetchnęli głęboko. Udało się! Byli w drodze ku wielkiemu światu, ku greckiej koszykówce!
Autosan toczył się po wertepach, skręcał w jakieś lasy, telepał na kocich łbach, aż w końcu, gdy pierwsze sine światło poranka zaczęło rozpraszać listopadowy mrok, kierowca zgasił silnik, otworzył z sykiem pneumatyczne drzwi i krzyknął:
— Łęczna, dworzec! Wszyscy wysiadać, kurs zjazdowy do bazy!
Stanisław zamarł z dłonią na tekturowej walizce. Władek powoli odwrócił głowę w stronę Bronka.
— Coś ty, kurna, na tej tablicy wyczytał? — zapytał głosem cichym i groźniejszym niż ryk rannego dzika.
— No pisało… — zająknął się Bronek, blednąc na twarzy. — Myślałem, że to skrót jakiś… na Larisę albo na ten… Liban…
— Na Łęczną, ty barani łbie! Do kopalni robotników przywiózł!
W Atenach tymczasem parkiet w hali już pewnie szykowali…
Wracali pieszo i okazjami, o samym świcie, wlokąc się poboczem szosy. Mżawka zacinała prosto w twarz, z walizki kapała rozgnieciona słonina, a w butach chlupotało zimne poleskie błoto. Gdy o ósmej rano wchodzili do wsi, przed chałupą Stanisława stała już jego żona z wałkiem w ręku, obok sąsiadki z rękami pod fartuchami, a na masce bordowej Łady Żiguli opierał się szaman Sergiej. Popijał kawę z termosu, szeleścił dumnie ortalionem TTC Grenzau i uśmiechał się tak, jak uśmiechać się może tylko człowiek, który doskonale wie, że z Holi do Aten jest znacznie dalej, niż pokazują na mapie w szkolnym atlasie…