czwartek, 24 września 2026

Święta Wojna

Jesienią roku pańskiego tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego w Holi ziemia parowała już chłodem, a z mokradeł pod wieczór ciągnęło mgłą… Chłopy siedziały u Władka za stodołą na odwróconych kankach po mleku i pędziły czas, jak potrafiły najlepiej – czyli dzieleniem zapałki na czworo.

Wtedy to Stanisław wyciągnął zza pazuchy wymięty numer gazety sportowej, co to ją siostrzeniec ze samej Mełgwi przywiózł, postukał w nią zżółkniętym od machorki palcem i powiada:

— Patrzcie tu. Dwudziesty drugi listopada. Ateny. Panathinaikos z tym, no… z Olimpiakosem w kosza grają. Dwa punkty różnicy w tabeli, ogień na parkiecie, tablice się trzęsą. My tam musimy być.

Zapadła cisza, tylko gąsior w zagrodzie zasyczał. Władek z Bronkiem spojrzeli najpierw po sobie, potem na swoje gumofilce oblepione poleskim błotem, a wreszcie w oczy Stanisława. I w tym momencie ta myśl, dzika i niedorzeczna jak banan w wiejskim sklepie, zapuściła korzenie w ich głowach. Dlaczego akurat Ateny? Nikt nie wiedział. Ale zrodziła się misja.

Baby zwąchały sprawę migiem, bo chłop, jak coś knuje, to albo za długo milczy, albo za bardzo ugodowy przy obieraniu ziemniaków bywa. Jak Stanisławowa usłyszała przy studni o tych Grekach, to aż jej koromysło z rąk poleciało.

— Gdzie?! — wrzasnęła, aż kury na płot pofrunęły. — Na jakie Anteny?! Do Grecji, za te słone morza, piłkę patrzeć, co une, te cudaki do koszyka wsadzają, jakby to były kopy kartofli?! Wam w tych łbach to już całkiem trociny skisły! Zamiast dach na szopie papą pociągnąć przed mrozem, to oni na południe chcą wędrować!

Baby w całej wsi lament podniosły, rady nad nimi odprawiały, a pojąć za nic nie mogły tego osobliwego kierunku. Bo żeby na odpust do Kodnia, to po bożemu. Żeby na jarmark do Włodawy po prosiaka – rzecz ludzka. Nawet do Lublina po rajtuzy czy uszczelki by zrozumiały. Ale żeby przez góry, przez Dunaj, do jakichś Greków, co to oliwą chleb smarują i w sandałach po kamieniach latają? Czyste opętanie.

I może chłopy jakoś po cichu by paszporty wykombinowali albo przez zieloną granicę na furmance próbowali, gdyby nie szaman Sergiej. Sergiej to był człowiek z innej gliny. Jeździł po okolicy bordową Ładą Żiguli na lubelskich blachach, a wyglądał jak zjawa ze zachodniego snu – nosił szeleszczące, jaskrawe ortaliony z darów UNRRA, z wielkimi napisami niemieckich klubów tenisa stołowego: TTC Grenzau i Borussia Düsseldorf. Mówili we wsi, że Sergiej ma trzecie oko, bo wódkę potrafił w zamkniętej piwnicy wyczuć, ale przede wszystkim miał ucho do cudzych sekretów.

Sergiej zajechał pod sklep, trzasnął drzwiami Żiguli, poprawił ortalionową stójkę, spojrzał na chłopaków swoimi wyblakłymi ślepiami i od razu wiedział, co jest grane. Wywąchał grecki spisek na kilometr. Nie minęła godzina, a już siedział w kuchni u Stanisławowej, siorbał herbatę z fusami i donosił:

— Oni wam, mateczko, w nocy uciekną. Stanisław ma już chleb w worku wysuszony na suchary, a Bronek z Władkiem sznurek do walizek szykują. Od was jadą… Odpocząć w jakiś sposób…

Chłopy podsłuchiwali. Dla spiskowców stało się jasne: trzeba wiać natychmiast. Pod osłoną nocy, zanim baby zamkną ich w komorach na kłódki.

Wymknęli się o trzeciej nad ranem, w butach trzeszczało od niedomytych stóp, a serca biły im jak przed sądem ostatecznym. Stanisław niósł w tekturowej walizce słoninę, dwie butelki bimbru na łapówki dla celników i mapę Europy wyrwaną z atlasu szkolnego z 1974 roku. Bronek odpowiadał za logistykę i rozpoznanie trasy.

Dotarli pod drewnianą wiatę przystanku PKS. Ciemno, choć oko wykol, żarówka na słupie dawno stłuczona z procy przez miejscowych wyrostków. PKS miał być pierwszy, ten, co zabiera robotników i łączy Holę z wielkim światem – z Chełmem, z Lublinem, a stamtąd, jak sobie wykalkulowali, to już prosta droga na południe przez Karpaty.

Niebawem z mroku wyłoniły się żółtawe, mdłe reflektory Autosana. Silnik rzęził, wóz zatrząsł się i stanął w kałuży.

— Wsiadajcie, chłopy, byle prędko! — syknął Bronek, mrużąc oczy i zezując na tablicę za przednią szybą. Płachta była ubłocona, litery koślawe, a Bronkowi od tych emocji i wzrok spłatał figla. Wepchnęli się do środka, gdzie śmierdziało mokrym kożuchem, dymem ze Sportów i ropą. Usiedli na tylnym siedzeniu z ceraty, odetchnęli głęboko. Udało się! Byli w drodze ku wielkiemu światu, ku greckiej koszykówce!

Autosan toczył się po wertepach, skręcał w jakieś lasy, telepał na kocich łbach, aż w końcu, gdy pierwsze sine światło poranka zaczęło rozpraszać listopadowy mrok, kierowca zgasił silnik, otworzył z sykiem pneumatyczne drzwi i krzyknął:

— Łęczna, dworzec! Wszyscy wysiadać, kurs zjazdowy do bazy!

Stanisław zamarł z dłonią na tekturowej walizce. Władek powoli odwrócił głowę w stronę Bronka.

— Coś ty, kurna, na tej tablicy wyczytał? — zapytał głosem cichym i groźniejszym niż ryk rannego dzika.

— No pisało… — zająknął się Bronek, blednąc na twarzy. — Myślałem, że to skrót jakiś… na Larisę albo na ten… Liban…

— Na Łęczną, ty barani łbie! Do kopalni robotników przywiózł!

W Atenach tymczasem parkiet w hali już pewnie szykowali…

Wracali pieszo i okazjami, o samym świcie, wlokąc się poboczem szosy. Mżawka zacinała prosto w twarz, z walizki kapała rozgnieciona słonina, a w butach chlupotało zimne poleskie błoto. Gdy o ósmej rano wchodzili do wsi, przed chałupą Stanisława stała już jego żona z wałkiem w ręku, obok sąsiadki z rękami pod fartuchami, a na masce bordowej Łady Żiguli opierał się szaman Sergiej. Popijał kawę z termosu, szeleścił dumnie ortalionem TTC Grenzau i uśmiechał się tak, jak uśmiechać się może tylko człowiek, który doskonale wie, że z Holi do Aten jest znacznie dalej, niż pokazują na mapie w szkolnym atlasie…

Francuskie Perfuma

Bywały w Holi roki rozmaite, ale takiego ambarasu, jak wtenczas, kiedy to nową kulturę sanitarną pod strzechy nagle poczęto wdrażać, najstarsi ludzie nie pamiętali.

A było to z wiosny, kiedy błoto na poleskich gościńcach po osie stało, a z mokradeł dymy mgieł wstawały siwe i lepkie. Zjechali urzędnicy z powiatu, mapy rozkładali na zydlu przed karczmą, wąsy pomadowane kręcili i powiadają gromadzie: koniec z dołami za chlewem, koniec z wywózką gnoju na chybił trafił, idzie postęp, nakazano budować szczelne, bezodpływowe zbiorniki podziemne, a mianować to nakazano z pańska: szambo.

Chłopy z Holi – naród z natury cichy, bogobojny, ale do nowinek urzędowych podejrzliwy jak wilk do żelaznego pastucha – stanęli ławą pod płotem, czapki baranie w kułakach gniotąc.

— Cudo jakieś niemieckie abo inna zaraza — mruczał pod nosem stary Onufry, plwając w perz. — Do ziemi gnojówkę chować pod deski i zaprawę? Żeby to w gruncie zakisło, a potem w studniach śmierdziało? Ojcowie za stodołę chodzili, wiatr przewiewał, słońce suszyło, a tu panocki każą w ziemi grobowiec na plugastwo murować! Przecie to jawna pokusa na zarazę, a może i diabelska sztuka, coby z ludzi ruble wyciągnąć za cement.

Nie byłoby z tego może wielkiej zwady, bo chłop pomruczy, w garść napluje i na pole pójdzie, gdyby nie to, że w południe na środku drogi, tuż pod rozłożystą lipą niedaleko cerkiewnego muru, zeszli się dwaj pierwsi we wsi dygnitarze: wójt Kostyk – urzędnik z nadania, w kamizeli na glanc, i proboszcz holskiej cerkwi, batiuszka Antoni – mąż postury niedźwiedziej, z brodą po pas, w piśmie i księgach cerkiewnych biegły nade wszystko.

— Słuchajcie no, ojcze dobrodzieju — zaczął wójt z wyższością, pukając palcem w urzędowy papier z orłem. — Wy tam ludziom z ambony wytłumaczcie, żeby w rebelie nie szli, bo to postęp higieniczny. Szambo trza kopać! A słowo to, żebyście wiedzieli, z samej Francji idzie, z Paryża! Uczony inżynier nazwiskiem Champonnois, markiz jaki, głowę nad tym suszył, jak Paryż od biady smrodu ocalić. Od jego to godności szambem się to mianuje. Szlachectwo w tym i cywilizacja!

Batiuszka poprawił na piersiach krzyż mosiężny, spojrzał na wójta jak na gieza spod końskiego ogona i aż sapnął, aż mu się szpakowata broda zjeżyła.

— Ty mi tu, wójcie, paryskich markizów przed cerkiew nie przynoś i głupstw z kancelarii ludziom do głów nie kładź! — zagrzmiał głos basowy, aż wrony z cerkiewnych kopuł poderwały się z wrzaskiem. — Jaki Szamponua? Jakie szlachectwo z Paryża? Toć przecie gołym uchem słychać, że to słowo od wschodu, od dawnych pogańskich czasów albo i z hebrajskiego pnia idzie! Szam to u Semitów pustynia albo spustoszenie, a szamot u nas – toć to glina ogniotrwała do pieca! A jak nic z języka greckiego trza to brać, od sambucus abo i zepsucia, co na dnie piekielnym zalega! Chcecie, żeby prawosławny lud za obcym bełkotem szedł i czcił nazwiska jakichś bezbożników, co pod gilotyną głowy tracili?

— Ojcze! — zawołał wójt, czerwieniejąc na twarzy jak burak ćwikłowy. — To jest przeciwko powiatowej instrukcji! Ja w Chełmie w szkole byłem, sam widziałem rycinę: pan Champonnois, w cylindrze i z pompą parową! Od Francuza to pochodzi, jak amen w pacierzu!

— Od Francuza? — zaśmiał się batiuszka sardonicznie, a chłopi, widząc, że pop wójta pod włos bierze, poczęli podchodzić bliżej, kręgiem ich otaczać. — A cóż to ten Francuz wymyślił? Kloc do ziemi wbić i gnoju nalać! Gdyby to od Francuza szło, to by się zwało perfuma, a nie szambo! Słowo to, powiadam wam, z dawien dawna zepsucie oznacza, a w księgach starocerkiewnych na plugastwo moralne podobne wyrazy stały. Ty ludziom wmawiasz francuskie salony, a to jest zwyczajna ziemska otchłań, pychą wójtowską podlana!

Gromada zaszemrała. Stary Parfien podparł się na sękatym kiju i rzekł:

— Batiuszka prawdę prawią. Francuz to by żaby z bagna wyzbierał, a nie doły pod chlewem murował. Nam tu wójt za dużo z miasta przywozi. Najpierw podatek od psa, a teraz paryskie gówno w ziemi zakopywać każą!

— Ciemnota! — wrzeszczał wójt, machając teczką z tektury. — Inżynieria to jest! Zbiornik szczelny, gazy w rurę idą, asenizacja pompą!

— Sam żeś ciemnota — odparował proboszcz z godnością, krzyżem w powietrzu znak czyniąc, jakby złego od wójta odganiał. — Jeśli ten wasz Szamponua taki mądry był, to czemu u nas pod lasem nikt o nim pieśni nie ułożył? Gdzie jego mogiła? Gdzie pamięć? Narzucacie słowo plugawe na rzecz plugawą i jeszcze chcecie, by lud w tym dumę widział!

Spór trwał do samego zmierzchu. Wójt wyciągał z kieszeni kwity i cyrkuły, udowadniając z francuska nosowe brzmienia, a pop cytował pisma ojców Kościoła, wywodząc, że cokolwiek w ziemi bezbożnie zgniliznę trzyma, musi z dawnego pogańskiego miana pochodzić i z czarciego rodu się wywodzić.

Chłopi z Holi posłuchali jednego, posłuchali drugiego, pokiwali głowami i poszli do domów. Doły wprawdzie z czasem wykopali – bo urzędnik z żandarmem groził karą i aresztem we Włodawie – ale deski na wierzch dali grube, dębowe, a nad każdym dołem stary Onufry na wszelki wypadek mały krzyżyk z jałowca zatknął.

Ani to bowiem nie był dla nich paryski salon pana Champonnois, ani cerkiewne piekielne czeluście – ot, zwyczajny, poleski dół, w którym ludzka bieda i urzędowy upór mieszały się ze sobą od wiosny do zimy. A na samo słowo szambo jeszcze przez długie lata starsi mawiali półgębkiem, oglądając się za siebie, czy aby zza węgła ani poborca z powiatu, ani diabeł z bagien nie wygląda.

Człowiek to małpa, której nie wyszło

Siedzieli ci tedy za stodołą u starego Wasyla pod rozłożystym dębem trzej mędrcy z Holi: sam on gospodarz Wasyl, co to po prawdzie w ziemi dłubał od cara Mikołaja, szwagier jego Semen, szanowany parobek cerkiewny, i młody Kostek, co to w mieście dwa semestry technikum wąchał, nim go za brak zamiłowania do matematyki na powrót do poleskiej chałupy z kwatery studenckiej z Lublina odesłali.

Słonko już schodziło ku bagnom, komary zaczynały ciąć z bezbożną siłą, a w słoiku po musztardzie pęczniała mętna siwucha ze zacieru pędzona na żytniej plewie.

Wasyl powoli strugał kozikiem kołek do płota, aż wióry cicho spadały na mech. Kostek zaś leżał na wznak, pykał taniego skręta i wpatrywał się w korony drzew, gdzie dwie wiewiórki bez żadnego opamiętania ganiały się po gałęziach.

— A pomyślcie wy no, stryku — odezwał się nagle Kostek, puszczając siny dym prosto w gałęzie. — Przecież uczeni w telewizorze i w tych mądrych pismach powiadają, że my, ludzie, tośmy z początku na drzewach siedzieli. Jak te małpy. I po kiego czorta my z tych gałęzi zleźli na ten dół, na te bruzdy i chwasty? Komu to przeszkadzało?

Semen aż czkawkę powstrzymał, słoik od gęby odjął i popatrzył na gówniarza jak na chudobę, co w szkodę wlazła.

— Ty, Kostek, to jednak masz w tym łbie sieczkę z perzem pomięszaną — mruknął Semen, rękawem wąs ocierając. — Z drzewa zeszli? A widziałeś ty kiedy chłopa z Holi na sośnie? Chyba że po barć albo jak go w lesie odyniec przyciśnie. Jakby człowiek na drzewie siedzieć miał, toby mu Pan Bóg zamiast gaci ogon sprawił, coby na wietrze nie przewiało.

— Ale ja wam prawdę prawię! — żachnął się młody, podnosząc się na łokciu. — Poważna sprawa. Klimat się, powiadają, zepsuł. Las rzedniał, susza przyszła i trza było na nogi stawać, bo z góry do żarcia daleko było. No i zeszli. Tylko po co? Żeby teraz od świtu w kartoflisku grzbiecić i o węgiel na zimę się kłopotać?

Stary Wasyl przestał strugać. Wbił kozik w pień dębu, aż sucho chrupnęło. Popatrzył w dal, gdzie za płotem leżał kawał chudego, zapiaszczonego zagonu, potem przeniósł wzrok na cerkiewną banię, a wreszcie na młokosa.

— Ty, Kostuś, niby szkoły liznąłeś, a w łbie masz pusto jak w stodole przed żniwami — zaczął powoli Wasyl, gębę wykrzywiając w ten swój chytry, poleski uśmieszek. — A pomyśl ty teraz swoim rozumem, jakby to na drzewie wyglądało. Siedzisz ty na gałęzi, dajmy na to, na sęku. I co? Krowę tam wprowadzisz? Z koniem na czubek osiki wleziesz, żeby zagon zaorać?

— Krowy wtedy nie było, stryku! Nic nie było, tylko dzicz!

— No to tym bardziej! — Wasyl pokiwał palcem. — Wyobraź ty sobie, że siedzi nasz pradziad na sośnie. Deszcz napieprza, wilki na dole wyją, a jemu się kiszki skręcają. Zjeść by co zjadł, a tu na gałęzi tylko szyszki i ptasie łajno. No i zlazł. Ale nie dla żadnego rozumu, tylko z czystej ludzkiej upartości. Zlazł na dół, rozejrzał się po tych bagnach i pomyślał: „Oho, tu jest dopiero nędza, tu se postawię chałupę”. Bo chłop, zapamiętaj to sobie, nie po to żyje, żeby mu lekko było.

Chłop musi mieć o co kląć. Na drzewie na co byś zaklął? Na liść, że ci na łeb spadł? A na dole masz: perz, kamienie w pługu, stonkę, sołtysa i deszcz nie w porę. Jest na co żywiołowo pomstować, jest powód, żeby rano wstać.

Semen polał do musztardówki z pietyzmem, aż równo pod wrąbek podeszło.

— Prawdę Wasyl mówi — wtrącił ponuro. — A poza tym, pomyśl. Na drzewie to by i gorzały nie postawił, bo gdzie? Flaszka by zleciała, rozbiła się o korzeń i cała ewolucja poszłaby w piach. Kto by ryzykował dobroć taką na wysokościach trzymać? Człowiek musiał na ziemię zejść, żeby stół mieć z czego uciosać i ławę postawić.

Kostek podrapał się w potylicę, spojrzał w korony dębu, potem na słoik w rękach Semena, a na końcu na szary horyzont Holi, gdzie poleska cisza kładła się miękko na łąkach.

— No dobra… — mruknął cicho. — Ale jakbyśmy nie zleźli, toby i do roboty w poniedziałek iść nie trzeba było.

Wasyl wyjął kozik z dębu, machnął ręką i podał młodemu słoik:

— Ty nie filozofuj, tylko pij, póki chłodne. Zleźli, to zleźli. Na górę już i tak żaden z nas o własnych siłach nie wlezie, a i dąb za twardy na nasze stare kości. Pij, mówię, i ciesz się…

Wielka sprawa

Wszystko zaczęło się onegdaj w Holi, zaraz za cerkiewnym parkanem, gdzie jesienią mgły z bagien wstają takie gęste, że i własnego sumienia człek w nich nie dojrzy, a co dopiero prawdy objawionej.

Zeszło się onegdaj ich czterech: Stasiek Cybula, co w Lublinie raz na targu był i widział kamienicę ze śmiesznym cyrklem nad bramą; Wojtek Mieleszko, co z natury był podejrzliwy i wietrzył spisek nawet w tym, że kury niosą jajka spiczastym do przodu; oraz bracia Kondratiuki – Szymon i Małko – osobnicy tęgiego karku, lecz w myślach niespieszni, jak wół w podmokłej bruździe.

— Powiadam wam — prawił Cybula, dłubiąc w zębie zaostrzoną zapałką — na świecie wszystkim rządzą mularze. Masoni! Mają fartuchy ze skóry cielęcej, kielnie ze szczerego srebra, a jak który ręką machnie w ten a ten deseń, to i sam starosta czapką o ziemię bije. Oni mają t a j e m n i c ę. I mają egregora.

— A co to za zwierz, ten egregor? — zaniepokoił się Małko Kondratiuk, poprawiając parciany pas, bo myślał, że to może rodzaj szkodnika, co buraki w kopcach toczy.

— Nie zwierz, bałwanie, jeno duch zbiorowej potęgi! — objaśnił Stasiek, czerpiąc z mętnych wspomnień po rozmowie z jednym szynkarzem. — Jak my tu we czterech usiądziemy, pomyślimy o jednym, to nad nami urośnie chmura niewidzialna. I ta chmura za nas będzie decydować, krowy sąsiadom urokami morzyć, a nam złoto do kieszeni pchać. Będziemy w tajemnej organizacji. Zwać się będzie Loża Wielki Wschód Holi.

Idea padła na grunt podatny, choć nieco wykrzywiony przez chłopskie mniemanie. Fartuchy sporządzili z worków po nawozie azotowym, na brzuchu Wojtka wciąż przebijało dumne: PULAN 34%. Za cyrkiel posłużyły zardzewiałe widły dwuzębne do buraków, węgielnicą został krzywy winkiel od chlewa, a zamiast świętej księgi na zydlu położyli stary rocznik „Gromady – Rolnika Polskiego” z portretem jakiegoś dygnitarza, któremu Wojtek wąsy dorobił ołówkiem chemicznym.

— Inicjacyją trza zacząć — zarządził Cybula, obwoławszy się Wielkim Mistrzem z racji posiadania zegarka na łańcuszku. — Zamknąć oczy i skupić wolę. Myśleć o wszechrzeczy! O kosmosie! O budowie nowego porządku! Żeby egregor nasz powstał i na świat poszedł!

I zasiedli w kucki na klepisku. Ściskali w dłoniach rzeczone widły, zaciskali powieki, aż im pot po skroniach ściekał, a żyły na szyjach nabrzmiewały jak postronki. Dyszel chcieli przekręcić. Wolę swą napinali, potęgę męską, chłopięcą tajemnicę, co to z dziada pradziada w ziemię wrosła.

Tyle że człowiek nie wyskoczy wyżej własnego płotu, choćby mu fartuch ze złota dali. Egregor, owszem, skrystalizował się szybko, choć nie bez dopingu dynksu. Bo jak czterech chłopów z całej siły zacznie dumać o istocie bytu, to i kielon jaki przynajmniej jeden trzeba wychylić. Tyle że ta ich emanacja astralna, miast przybrać kształt świetlistego geometry, architekta wszechświata ze skrzydłami z płomieni i okiem w trójkącie, ulepiła się ściśle z tego, co pod czapkami nosili.

Oto nad klepiskiem zawisło coś na kształt wielkiej, sinej bani z mgły, podszytej zapachem kiszonki i przetrawionego bimbru na drożdżach piekarskich. Był to egregor na miarę Holi: potężny w barach, ale zezowaty; mający w sobie tajemnicę, lecz sprowadzającą się głównie do tego, gdzie w zeszłym roku schowano kradzioną bronę.

— Czujecie, bracia? — wyszeptał pobożnie Szymon Kondratiuk, nie otwierając oczu. — Idzie moc! W krzyżu mnie łupie, jak przed deszczem!

— To egregor! — stęknął Cybula. — Nakazuję mu w imię Wielkiego Architekta: niech obali rządy tego świata! Niech nam podda wójtostwo we samej Włodawie!

Egregor zamrugał sennym, mglistym ślepiem, podrapał się eteryczną łapą po niewidzialnym karku i… nic nie zrobił. Bo niby jak miał obalać rządy, skoro nie wiedział, co jest za zakrętem szosy na Wyryki? Świat dla niego kończył się tam, gdzie sołtys miał na polu lepsze ziemniaki. Za to przy okazji tego wspomnienia poczuł nagłą, nieodpartą chęć na zsiadłe mleko ze skwarkami.

— Coś słabo działa na te wójtostwo — poskarżył się Wojtek po godzinie srogiego nadymania woli. — Może ten rytuał ma błędy w sztuce mularskiej?

— Cicho bądź, Uczniu Niedoskonały! — ofuknął go Stasiek. — Trzeba ofiary z materii. Rzućcie na ołtarz to, co najcenniejsze.

Rzucili: paczkę „Sportów”, scyzoryk z wyłamanym ostrzem i pół pętka podsuszanej pasztetowej. Egregor na wskroś poleski natychmiast ożył. Wciągnął w siebie woń wędliny, zachichotał w belkach stropowych jak sowa i runął przez szpary w deskach prosto w wieś. Lecz miast budować Nowy Porządek Świata i pociągać za niewidzialne sznurki geopolityki, poszedł w to, na czym się znał.

Do rana we wsi działy się rzeczy zaiste wolnomularskie: u sołtysa furtka sama z zawiasów zlazła i przeniosła się na płot plebanii – z idealnym zachowaniem kąta prostego, co uznano za cud budowlany.

Staremu Grzegorzowi ktoś nocą przestawił stóg siana tak równo pod sznur, jakby go sam Pitagoras mierzył, choć siano jak gniło, tak gniło od spodu.

Zaś krowa kowala przez trzy dni dawała mleko nie białe, a lekko błękitnawe, jakby w nim kto wapno z cyrklem rozrabiał.

Zeszli się lożowicze nazajutrz w południe, zmęczeni duchową pracą, z czerwonymi ślepiami. Siedli na przyzbie, patrząc na wieś.

— I jak, Wielki Mistrzu? — spytał Małko, skubiąc fartuch z nawozu. — Rządzimy już planetą?

Stasiek Cybula popatrzył w dal, gdzie kura grzebała w nawozie, pociągnął nosem, w którym wciąż stał swąd siarki wymieszanej z obornikiem, i machnął ręką:

— Planeta musi poczekać, bracia. Na razie egregor zadecydował, że trza iść do sklepu po dwie zgrzewki piwa, bo suszy go nieludzko po tych tajemnicach. A potem obaczymy. Jak deszcz nie spadnie, to wieczorem będziemy telepatycznie przestawiać miedzę u Maciejuka, bo nam ze trzy skiby w pole wchodzi, psia jego mać.

Tak oto loża w Holi trwała przez lata: kosmosu nie ruszyli, rządów nie obalili, ale miedza u Maciejuka do dziś leży tak krzywo, jakby ją on sam z cyrklem o zmierzchu rysował.

Tako rzecze sołtys

W sobotnie popołudnie przed remizą w Holi zebrała się cała wieś. Sołtys Stanisław nie zwołał jednak zebrania po raz kolejny w sprawie żwirowania drogi za stodołami ani podziału funduszu sołeckiego. Stanął na odwróconej do góry dnem skrzynce po oranżadzie, rozwinął wielki arkusz szarego papieru pakowego i chrząknął tak uroczyście, że nawet kury sąsiada przestały grzebać w pokrzywach.

— Ludzie! — zaczął, unosząc palec ku niebu. — Paryż miał swoje pięć minut, Tokio też, a teraz czas na Polesie. Będziemy robić igrzyska. Letnią olimpiadę. Tu, u nas, w Holi!

Zapadła na te słowa taka cisza, że słychać było tylko brzęczenie bąka nad płotem. Pierwszy ocknął się stary Walenty, który oparł się mocniej na lasce i zmrużył oczy:

— Stasiek, a ciebie to słońce w ten łysy łeb nie przypiekło przy sianokosach, a? Gdzie u nas olimpiada? Na czym? Na krowim pastwisku?

Sołtys tylko na to czekał. Z dumą stuknął palcem w rysunek, który z bliska przypominał skrzyżowanie koła fortuny z planem melioracji rowów.

— Walenty, ty myślisz kategoriami ubiegłego stulecia, a tu trzeba wizji! Logistykę mamy opanowaną lepiej niż Grecy. Po co nam stawiać drogie baseny za miliony eurokołchozowych dotacji? Mamy przecież staw u Kaziuka! Woda naturalna, z rzęsą, bogata w minerały. Na kajaki i wioślarstwo jak znalazł, tylko się Kaziukowe kaczki na ten czas zamknie w chlewiku, żeby toru przypadkiem nie blokowały. A jak przyjdzie do pływania na sto metrów stylem grzbietowym, to żaden zawodnik nie utonie, bo woda po pas, a na dnie miękki muł.

— A biegi? — rzucił z tłumu młody Jasiek, sceptycznie żując źdźbło trawy. — Gdzie ten cały tatar… ten, tartan położysz?

— Jaki tartan, po co komu jaka guma! — żachnął się sołtys. — Prawdziwy sport to kontakt z naturą. Szosa od cerkwi do skansenu ma równe dwa kilometry. Pobiegną asfaltem, a jak wpadną w polną drogę pod lasem, to będzie maraton z przeszkodami. Tam są takie koleiny po wywózkach drewna, że kenijscy biegacze dopiero u nas zrozumieją, co to znaczy wysiłek. Zresztą, jak Burek od leśniczego zerwie się z łańcucha, to rekordy świata posypią się jeden za drugim bez żadnego dopingu!

Kobiety zaczęły szeptać między sobą, a sołtysowa tylko załamywała ręce za plecami męża, dając zebranym znaki pukaniem w czoło. Stanisław był jednak nie do zatrzymania. Przeszedł do dyscyplin rzutowych.

— Dysk i młot zrobimy na ugorze za remizą. Zamiast drogiego sprzętu – bronka talerzowa i stare koła zamachowe od sieczkarni. Jak jeden z drugim rzuci naszą broną na trzydzieści metrów, to i pole od razu wzruszy, podwójny pożytek będzie! A pchnięcie kulą? Kamieni na polach po zimie mało mamy? Każdy dostanie swój i niech ciska pod las, przynajmniej się ziemię oczyści pod buraki.

— A zakwaterowanie? — zapytał wójtowy brat, który zawsze lubił wtrącić trudne słowo. — Gdzie te wszystkie uny będą spać? W hotelach? Toż to najbliższe we Włodawie…

— Hotele to wymysł burżujów — uciął sołtys, kładąc rękę na sercu. — Prawdziwy sportowiec potrzebuje spokoju i zapachu siana. Kto ma stodołę, ten daje kwaterunek. Na sianie zdrowo, kręgosłup odpoczywa, a rano zamiast durnych odżywek w proszku – szklanka zsiadłego mleka, pajda chleba ze smalcem i ogórek małosolny. Taki jeden z drugim jak zje pół bochenka z naszej piekarni, to i traktor jedną ręką w powietrzu utrzyma.

Na placu rozległy się pierwsze niepewne uśmieszki. Chłopi zaczęli kalkulować. Ktoś zauważył, że ceremonii otwarcia nie trzeba zamawiać u reżyserów z telewizji, bo wystarczy zawołać miejscowy zespół śpiewaczy – jak panie pociągną poleskie pieśni, to nawet delegacja z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego popłacze się w mankiety.

— No dobra, Stasiek — odezwał się w końcu sołtysowy szwagier, drapiąc się po karku. — Pomysł może i ma ręce i nogi. Ale skąd weźmiemy te medale? Ze szczerego złota przecież nie uklepiemy.

Sołtys uśmiechnął się triumfalnie, jak człowiek, który przewidział każdy ruch przeciwnika:

— Medale to drobnostka. Zrobi się z plasterków suszonego dębu, ładnie wypali lutownicą koła olimpijskie, a na szyję powiesi na sznurku od snopowiązałki. Za pierwsze miejsce dąb, za drugie brzoza, za trzecie sosna. Pamiątka na całe życie, modna, ekologiczna. A dla zwycięzcy w maratonie – zamiast wieńca laurowego – pęto swojskiej kiełbasy z jałowcem i gąsiorek księżycówki od starego Cierpy. Zobaczycie, że za cztery lata nikt o żadnym Los Angeles nawet nie wspomni, bo wszyscy będą znów chcieli startować w Holi!

Gdy zebranie dobiegło końca, wieś nie podjęła wprawdzie oficjalnej uchwały, ale Walenty z Kaziukiem poszli w stronę zagrody wolniejszym krokiem, zerkając z ukosa na staw.

— Ty, Kaziuk — mruknął Walenty, zapalając papierosa. — A może by tak te kaczki faktycznie ze stawu przepędzić? Tak na wszelki wypadek, jakby ten cały komitet ze Szwajcarii rzeczywiście tu chciał przyjechać…

Janek, ktoś do ciebie!

Otóż pamiętali gwiezdni przybysze – wedle starych swoich map i zapisków w międzygalaktycznym kajecie – że jak na Ziemię lecieć po rozum i dziwy, to prościutko ku Lubelszczyźnie sterować należy. Wszak od roku pańskiego 1978 Emilcin mieli w swoich kompasach zafiksowany na twardo, jako ten pępek świata, kędy pan Wolski z białymi kosmitczykami na furmance pogawędził.

Tym razem jednak nawigacja kosmiczna widocznie zwichrowała od magnetycznych zawirowań nad Wieprzem, bo ichnie lśniące naczynie – wielkie jak stodoła, a błyszczące niczym wypucowany rondel – zamiast pod opolskie lasy, siadło z cichym sykiem na łąkach pod samą Holą.

Wylizły tedy te istoty na zewnątrz: chude toto, łby wielkie jak u suszonych dyni, ślepia czarne niczym węgle z torfowego pieca, a skóra sinawa, zgoła jakby zsiadłego mleka po nocy za dużo popiły. Stanęły pośród traw, rozejrzały się po okolicy i wpadły w cichy, galaktyczny popłoch.

Gdzież to bowiem trafili? Zamiast znajomej emilcińskiej polany ujrzeli przed sobą cerkiewkę drewnianą, baniastą, co to w zmierzchu stała majestatycznie jak ze snu wyjęta, wiatrak w skansenie skrzydła ku niebu wyciągał, a w powietrzu pachniało suszonym sianem, dziegciem i woskiem pszczelim.

Byli, nie przymierzając, zgoła wstrząśnięci i zmieszani. Przekręcali te swoje antenki, klikali aparatami, mrugali diodami, a tu nic im się w schematach nie zgadzało. Systemy nawigacyjne kwiczały, a kosmiczny lęk począł ściskać ich bezcielesne gardła, bo myśleli, że wpadli w jakąś pradawną szczelinę czasoprzestrzenną, skąd powrotu na Andromedę już nie ma.

Na szczęście – jak to na tej ziemi bywa od wieków – zbawienie przyszło zza opłotka.

Wracał ci akurat z pola gospodarz miejscowy, chłop tęgi, w gumofilcach, z widłami na ramieniu i spokojem w sercu, co to go ani gradobicie, ani reforma rolna nigdy ze skóry nie wybiły. Zoczył lśniące żelastwo i te blade cudaki, co to stały kupą pod wierzbą i cicho piskały, drżąc na chłodnym wietrzyku.

— Nie bójta się, ludziska, co wy tam za jedne – rzekł gospodarz głosem niskim, tubalnym, po czym oparł widły o płot. — Zgubiliście się, a? Na jarmark do Holi toście spóźnieni, dopiero w następnym tygodniu coś będzie!

Kosmitczyki szare z początku chcieli puszczać, słysząc tę mowę, promienie paraliżujące, ale widząc, że chłop ani drgnie, jeno wyciąga z kieszeni kapotki zawiniętą w lnianą ściereczkę pajdę chleba razowego i kęs wędzonego boczku, dar przyjęli z wdzięcznością.

Gospodarz, widząc ich konfuzję i to, że im chłód do rzypek zagląda, zaraz machnął ręką po swojemu:

— Chodźta do sieni, wiatrem was przewieje, blade to jak śmierć na chorągwi.

Zaprosił gości za próg. Baby ze wsi zrazu za głowy się łapały, myśląc, że to jakie diabły leśne albo Niemcy w gumowych kombinezonach, ale chłop zaraz porządek zaprowadził:

— Dajcie spokój, wędrowiec w dom, Bóg w dom. Przeca widać, że strudzone i zmarznięte.

Postawili na dębowym stole gar parujących serdelków, misę kiszonych ogórków, a dla kurażu i rozgrzania galaktycznych trzewi gospodarz wyjął zza kredensu gąsiorek z samogonem pędzonym na miodzie i żytnim słodzie.

Szaraki z początku próbowali te dary badać swoimi laserowymi próbnikami, ale jak najstarszy z nich – ten z największą łepetyną – umoczył język w szklaneczce, tak mu się ślepia zaświeciły czystym, błękitnym światłem.

Wstrząśnienie i zmieszanie minęło w mig. Choć mowy ludzkiej zrazu nie znali, to po trzeciej kolejce i przegryzce ze swojskiej kiełbasy porozumienie nastąpiło bez żadnych translatorów. Znów okazało się, że chłopski rozum i prosta serdeczność tłumaczą wszelkie kody wszechświata lepiej niż najtęższe komputery pokładowe.

Nad ranem, kedy kogut piać zaczął, a mgła opadała, cała wieś wyszła pomóc przybyszom w drodze powrotnej. Chłopi przynieśli trochę smaru do wozów, podkleili urwany sensor taśmą, a sołtys palcem na mapie narysował im prostą drogę:

— O, stąd prosto na Parczew, potem miniecie Lublin z boku, na Puławy i za Opolem szukajcie tego swojego Emilcina, jak wam tak pilno do pomnika! Ale i tak u nas w Holi ładniej, to zapamiętajta.

Kosmici ukłonili się nisko, zapakowali do luku bagażowego wieniec czosnku, słoik miodu gryczanego i aniołka z lipowego drewna wystruganego przez miejscowego świątkarza, po czym ich spodek uniósł się bezszelestnie, zakreślił trzy kręgi nad cerkiewną kopułą na znak uszanowania i pomknął w chmury.

I tak to w Holi zostało zapisane w pamięci: że choćby przybysz był z najdalszej galaktyki, zielony czy fioletowy, to na lubelskiej ziemi głodny nie odejdzie…

Gdzie są serdelki

Doprawdy, powiadam wam, próżno szukać rozumu tam, gdzie kiszki marsza grają, a wielka metafizyka zderza się ze skrajnym deficytem wędlin.

W Domu Kultury w Holi chłód ciągnął od sieni, tynk dyskretnie sypał się na papachy słuchaczy, a powietrze pachniało stęchłą jesienią i zgaszonym petem. W tym to osobliwym anturażu trzech mężów stanu umysłowego poczęło rozbierać praprzyczynę wszechrzeczy na czynniki pierwsze, upatrując w dacie dwudziestego szóstego października nie byle jakiej fanaberii kalendarza, lecz samego pępka wieczności.

Najsampierw wystąpił Straton ze Synopy, ów Zmierzchowym przezywany. Chudy to był aparat, w palcie znoszonym, ręce w kieszeniach miętosił i przez nos cedził, jakoby żaden tam nie miał wątpliwości, że było to coś więcej niż brak chusteczki.

Twierdził ci on z powagą godną grabarza, że dopiero gdy październikowy szron chwycił nicość za gardło, ta ze strachu zgęstniała, oblekła się w ołów, glinę oraz kości i stała się twarda niczym podeszwa kamasza.

Sala milczała, bo w kącie kaloryfer rzęził na jednym żeberku, jakby sam Stratonową tezę o zamarzaniu kosmosu w czyn wprowadzał.

Zaraz po nim wkroczył Glaukon z Melos, personat tęgi, w szaliku z anilany, propagator rzeczonej idei Doskonałej Resztki. Ten z kolei machał rękami jak wiatrak na bagnie i prawił na odwyrtkę: świat z niczego powstać nie mógł, bo z pustego itd., itp…

Świat – powiada – runął na raz, dojrzały, ciężki i ociekający sokiem, jak przejrzała gruszka ulęgałka w sadzie za stodołą. A ów dwudziesty szósty dzień był momentem cięcia: cień zrównał się ze światłem pod kątem tak chytrze wykalkulowanym, że Stwórca zdołał odkroić wodę od lądu, nim mu się wszystko z powrotem w breję rozlazło.

Na koniec wylazł Ksenofont zwany Liczydłem, zezując w kajet w kratkę formatu A5. Ten już całkiem w obłęd zajechał – coś o jakimś skorpionie bredził, o odwracaniu rur eterycznych i o tym, że ziemia, zamiast grzać po próżnicy, nagle zassała cały kosmiczny przeciąg do środka, tworząc rdzeń twardy jak sęk dębowy. Liczył, mazał kredą po dykcie, ślinił ołówek i w stół stukał palcem sękatym, jakby ów dwudziesty szósty października osobiście na wadze dziesiętnej chciał przedstawić…

Słuchano by tego może i do nieszporów, kiwano by głowami w niemym zachwycie nad architekturą stworzenia, ale i tak prawdziwym, dziejowym punktem kulminacyjnym całego sympozjum okazała się chwila, gdy zza przepierzenia bufetu wychynęła pani Wiesława w zaplamionym fartuchu nylonowym, niosąc pusty gar emaliowany, i głosem nieznoszącym sprzeciwu obwieściła zgromadzonym:

— Koniec! Serdelków ni ma i nie będzie! Kto zjadł, ten zjadł, a reszta niech się dokarmia choćby tą mową obcą… Chociaż nasza pani Wiesia słyszała coś podobnego, bo jej syn przeto na KUL-u studiował, ale w sumie kto by tu się przyznać miał do takich dziwactw…

W tym momencie czas stanął w miejscu. Zamilkł Straton, zamarł w pół słowa Glaukon, a Ksenofontowi ołówek zdrętwiał w palcach. Zapadła cisza tak absolutna, ciężka i lodowata, jakiej nawet w pierwotnej nicości przed dwudziestym szóstym października nikt nie uświadczył.

Wszystkie oczy – dotąd mętne od nadmiaru kosmicznych sfer – zwróciły się ku stołowi, gdzie w parującym jeszcze kociołku pływał samotny, osierocony liść bobkowy w mętnej zawiesinie, obok zaś leżała nadkrojona bułka wrocławska i smętny kleks z musztardy stołowej.

Dopiero w tym dramatycznym momencie sala zrozumiała powagę sytuacji. Nastąpiło gwałtowne przegrupowanie sił umysłowych: lokalny aktyw, zapominając o skorpionach, eterach i gęstnieniu próżni, ruszył ławą pod ladę, by naocznie zweryfikować stan kotła, podejrzliwie lustrując kieszenie prelegentów, czy aby który z mędrców nie skitłał przypadkiem pętka drogocennego pod połą marynarki.

Pękła spójna myśl, prysł czar wielkiej teorii bytu. Został tylko ten jeden, niepodważalny fakt ontologiczny, wokół którego zogniskował się cały tragizm ludzkiej egzystencji w Holi: serdelków zabrakło.

To właśnie ów brak – owa bezdenna, nienasycona pustka po parówce – stał się dla wszystkich prawdziwym, namacalnym początkiem i końcem wszelkiego stworzenia… przynajmniej w naszej okolicy.