Siedzieli ci tedy za stodołą u starego Wasyla pod rozłożystym dębem trzej mędrcy z Holi: sam on gospodarz Wasyl, co to po prawdzie w ziemi dłubał od cara Mikołaja, szwagier jego Semen, szanowany parobek cerkiewny, i młody Kostek, co to w mieście dwa semestry technikum wąchał, nim go za brak zamiłowania do matematyki na powrót do poleskiej chałupy z kwatery studenckiej z Lublina odesłali.

Słonko już schodziło ku bagnom, komary zaczynały ciąć z bezbożną siłą, a w słoiku po musztardzie pęczniała mętna siwucha ze zacieru pędzona na żytniej plewie.

Wasyl powoli strugał kozikiem kołek do płota, aż wióry cicho spadały na mech. Kostek zaś leżał na wznak, pykał taniego skręta i wpatrywał się w korony drzew, gdzie dwie wiewiórki bez żadnego opamiętania ganiały się po gałęziach.

— A pomyślcie wy no, stryku — odezwał się nagle Kostek, puszczając siny dym prosto w gałęzie. — Przecież uczeni w telewizorze i w tych mądrych pismach powiadają, że my, ludzie, tośmy z początku na drzewach siedzieli. Jak te małpy. I po kiego czorta my z tych gałęzi zleźli na ten dół, na te bruzdy i chwasty? Komu to przeszkadzało?

Semen aż czkawkę powstrzymał, słoik od gęby odjął i popatrzył na gówniarza jak na chudobę, co w szkodę wlazła.

— Ty, Kostek, to jednak masz w tym łbie sieczkę z perzem pomięszaną — mruknął Semen, rękawem wąs ocierając. — Z drzewa zeszli? A widziałeś ty kiedy chłopa z Holi na sośnie? Chyba że po barć albo jak go w lesie odyniec przyciśnie. Jakby człowiek na drzewie siedzieć miał, toby mu Pan Bóg zamiast gaci ogon sprawił, coby na wietrze nie przewiało.

— Ale ja wam prawdę prawię! — żachnął się młody, podnosząc się na łokciu. — Poważna sprawa. Klimat się, powiadają, zepsuł. Las rzedniał, susza przyszła i trza było na nogi stawać, bo z góry do żarcia daleko było. No i zeszli. Tylko po co? Żeby teraz od świtu w kartoflisku grzbiecić i o węgiel na zimę się kłopotać?

Stary Wasyl przestał strugać. Wbił kozik w pień dębu, aż sucho chrupnęło. Popatrzył w dal, gdzie za płotem leżał kawał chudego, zapiaszczonego zagonu, potem przeniósł wzrok na cerkiewną banię, a wreszcie na młokosa.

— Ty, Kostuś, niby szkoły liznąłeś, a w łbie masz pusto jak w stodole przed żniwami — zaczął powoli Wasyl, gębę wykrzywiając w ten swój chytry, poleski uśmieszek. — A pomyśl ty teraz swoim rozumem, jakby to na drzewie wyglądało. Siedzisz ty na gałęzi, dajmy na to, na sęku. I co? Krowę tam wprowadzisz? Z koniem na czubek osiki wleziesz, żeby zagon zaorać?

— Krowy wtedy nie było, stryku! Nic nie było, tylko dzicz!

— No to tym bardziej! — Wasyl pokiwał palcem. — Wyobraź ty sobie, że siedzi nasz pradziad na sośnie. Deszcz napieprza, wilki na dole wyją, a jemu się kiszki skręcają. Zjeść by co zjadł, a tu na gałęzi tylko szyszki i ptasie łajno. No i zlazł. Ale nie dla żadnego rozumu, tylko z czystej ludzkiej upartości. Zlazł na dół, rozejrzał się po tych bagnach i pomyślał: „Oho, tu jest dopiero nędza, tu se postawię chałupę”. Bo chłop, zapamiętaj to sobie, nie po to żyje, żeby mu lekko było.

Chłop musi mieć o co kląć. Na drzewie na co byś zaklął? Na liść, że ci na łeb spadł? A na dole masz: perz, kamienie w pługu, stonkę, sołtysa i deszcz nie w porę. Jest na co żywiołowo pomstować, jest powód, żeby rano wstać.

Semen polał do musztardówki z pietyzmem, aż równo pod wrąbek podeszło.

— Prawdę Wasyl mówi — wtrącił ponuro. — A poza tym, pomyśl. Na drzewie to by i gorzały nie postawił, bo gdzie? Flaszka by zleciała, rozbiła się o korzeń i cała ewolucja poszłaby w piach. Kto by ryzykował dobroć taką na wysokościach trzymać? Człowiek musiał na ziemię zejść, żeby stół mieć z czego uciosać i ławę postawić.

Kostek podrapał się w potylicę, spojrzał w korony dębu, potem na słoik w rękach Semena, a na końcu na szary horyzont Holi, gdzie poleska cisza kładła się miękko na łąkach.

— No dobra… — mruknął cicho. — Ale jakbyśmy nie zleźli, toby i do roboty w poniedziałek iść nie trzeba było.

Wasyl wyjął kozik z dębu, machnął ręką i podał młodemu słoik:

— Ty nie filozofuj, tylko pij, póki chłodne. Zleźli, to zleźli. Na górę już i tak żaden z nas o własnych siłach nie wlezie, a i dąb za twardy na nasze stare kości. Pij, mówię, i ciesz się…