Wydanie Nadzwyczajne z dnia czwartego po niedzieli
Koszt: Pięćdziesiąt groszy lub dwa litry czystego mleka prosto od krowy.

Wielki dzień polskiej astronautyki powiatowej miał zapisać się złotymi zgłoskami w dziejach aerodromu z Holi, a zapisał się w czarnej, gęstej mazi na podwórku u sołtysa. Miejscowi naukowcy-samoucy pod wodzą niezłomnego inżyniera Stasia podjęli śmiałą próbę wysłania w kosmos rakiety o dumnym imieniu ADAM. Niestety, zamiast podbić galaktykę, pojazd zakończył swój dziewiczy lot spektakularnym falstartem prosto w lokalnym ogródku starej Janysowej.

Przygotowania do wiekopomnego wystrzału ruszyły już o świcie, jednak pomyślny przebieg misji od samego początku utrudniała kapitulacja infrastruktury pomocniczej: stary tapczan komitetu powitalnego nie wytrzymał naporu zgromadzonej publiki i rozpadł się pod ciężarem delegacji, wywołując wstrząs tektoniczny oraz panikę moralną wśród drobiu.

Sama rakieta, zbita z czterech bali sosnowych, starej drabiny strażackiej i pomalowana olejną farbą odporną na deszcz, pyszniła się na wyrzutni niczym najnowsze dzieło techniki. Rolę zaawansowanego komputera pokładowego pełnił wybebeszony radziecki telewizor Rubin, który miał służyć za balast.

Atmosfera gęstniała z każdą minutą. Gdy sołtys dokonał tradycyjnego oblania dyszy napędowej denaturatem technicznym, a Janys (syn, przyp. red.) po zerwaniu sznurka od kosiarki odpalił maszynerię rozklekotaną zapalniczką żarową, cały aerodrom zamarł w oczekiwaniu. Nastąpił moment grozy i potężny huk, od którego zadrżały szyby w okolicznych oborach.

Wskutek wcześniejszego zapadnięcia się tapczanu, wektory grawitacyjne uległy drastycznej zmianie: rakieta zamiast pruć w kierunku gwiazd, wykonała dziki zygzak, zahaczyła o stóg siana, przeorała grządki z burakami, po czym z głuchym, bulgoczącym dźwiękiem wbiła się pionowo w pelargonie Janysowej (matka, przyp. red.). Powietrze natychmiast wypełniło się dymem spalonego kalosza i oparamí, które skutecznie odstraszyły wszelkie ptactwo w promieniu pięciu kilometrów.

Powołana na cito komisja śledcza w składzie: sołtys, jego szwagier i miejscowy weterynarz, wydała miażdżący komunikat. Ustalono, że paliwo było zbyt mocne, rura wyjściowa krzywa, pies sąsiada niepotrzebnie szczekał w fazie zapłonu, a zawalenie się trybuny z tapczanu bezpowrotnie wypaczyło trajektorię lotu, co ostatecznie zdekoncentrowało głównego konstruktora trzymającego w rękach lejki od traktora.

Z kosmodromu w Holi ocalały jedynie szczątki połamanego mebla oraz niespożyta wiara mieszkańców w potęgę rodzimej technologii. Jak mawiają starych dziedzin znawcy: każda wielka cywilizacja zaczyna się od klęski, więc kolejną próbę zapowiedziano już na przyszłą środę – tym razem z użyciem grubszego drutu kolczastego i bez udziału meblarstwa tapicerowanego.