Wszystko zaczęło się onegdaj w Holi, zaraz za cerkiewnym parkanem, gdzie jesienią mgły z bagien wstają takie gęste, że i własnego sumienia człek w nich nie dojrzy, a co dopiero prawdy objawionej.
Zeszło się onegdaj ich czterech: Stasiek Cybula, co w Lublinie raz na targu był i widział kamienicę ze śmiesznym cyrklem nad bramą; Wojtek Mieleszko, co z natury był podejrzliwy i wietrzył spisek nawet w tym, że kury niosą jajka spiczastym do przodu; oraz bracia Kondratiuki – Szymon i Małko – osobnicy tęgiego karku, lecz w myślach niespieszni, jak wół w podmokłej bruździe.
— Powiadam wam — prawił Cybula, dłubiąc w zębie zaostrzoną zapałką — na świecie wszystkim rządzą mularze. Masoni! Mają fartuchy ze skóry cielęcej, kielnie ze szczerego srebra, a jak który ręką machnie w ten a ten deseń, to i sam starosta czapką o ziemię bije. Oni mają t a j e m n i c ę. I mają egregora.
— A co to za zwierz, ten egregor? — zaniepokoił się Małko Kondratiuk, poprawiając parciany pas, bo myślał, że to może rodzaj szkodnika, co buraki w kopcach toczy.
— Nie zwierz, bałwanie, jeno duch zbiorowej potęgi! — objaśnił Stasiek, czerpiąc z mętnych wspomnień po rozmowie z jednym szynkarzem. — Jak my tu we czterech usiądziemy, pomyślimy o jednym, to nad nami urośnie chmura niewidzialna. I ta chmura za nas będzie decydować, krowy sąsiadom urokami morzyć, a nam złoto do kieszeni pchać. Będziemy w tajemnej organizacji. Zwać się będzie Loża Wielki Wschód Holi.
Idea padła na grunt podatny, choć nieco wykrzywiony przez chłopskie mniemanie. Fartuchy sporządzili z worków po nawozie azotowym, na brzuchu Wojtka wciąż przebijało dumne: PULAN 34%. Za cyrkiel posłużyły zardzewiałe widły dwuzębne do buraków, węgielnicą został krzywy winkiel od chlewa, a zamiast świętej księgi na zydlu położyli stary rocznik „Gromady – Rolnika Polskiego” z portretem jakiegoś dygnitarza, któremu Wojtek wąsy dorobił ołówkiem chemicznym.
— Inicjacyją trza zacząć — zarządził Cybula, obwoławszy się Wielkim Mistrzem z racji posiadania zegarka na łańcuszku. — Zamknąć oczy i skupić wolę. Myśleć o wszechrzeczy! O kosmosie! O budowie nowego porządku! Żeby egregor nasz powstał i na świat poszedł!
I zasiedli w kucki na klepisku. Ściskali w dłoniach rzeczone widły, zaciskali powieki, aż im pot po skroniach ściekał, a żyły na szyjach nabrzmiewały jak postronki. Dyszel chcieli przekręcić. Wolę swą napinali, potęgę męską, chłopięcą tajemnicę, co to z dziada pradziada w ziemię wrosła.
Tyle że człowiek nie wyskoczy wyżej własnego płotu, choćby mu fartuch ze złota dali. Egregor, owszem, skrystalizował się szybko, choć nie bez dopingu dynksu. Bo jak czterech chłopów z całej siły zacznie dumać o istocie bytu, to i kielon jaki przynajmniej jeden trzeba wychylić. Tyle że ta ich emanacja astralna, miast przybrać kształt świetlistego geometry, architekta wszechświata ze skrzydłami z płomieni i okiem w trójkącie, ulepiła się ściśle z tego, co pod czapkami nosili.
Oto nad klepiskiem zawisło coś na kształt wielkiej, sinej bani z mgły, podszytej zapachem kiszonki i przetrawionego bimbru na drożdżach piekarskich. Był to egregor na miarę Holi: potężny w barach, ale zezowaty; mający w sobie tajemnicę, lecz sprowadzającą się głównie do tego, gdzie w zeszłym roku schowano kradzioną bronę.
— Czujecie, bracia? — wyszeptał pobożnie Szymon Kondratiuk, nie otwierając oczu. — Idzie moc! W krzyżu mnie łupie, jak przed deszczem!
— To egregor! — stęknął Cybula. — Nakazuję mu w imię Wielkiego Architekta: niech obali rządy tego świata! Niech nam podda wójtostwo we samej Włodawie!
Egregor zamrugał sennym, mglistym ślepiem, podrapał się eteryczną łapą po niewidzialnym karku i… nic nie zrobił. Bo niby jak miał obalać rządy, skoro nie wiedział, co jest za zakrętem szosy na Wyryki? Świat dla niego kończył się tam, gdzie sołtys miał na polu lepsze ziemniaki. Za to przy okazji tego wspomnienia poczuł nagłą, nieodpartą chęć na zsiadłe mleko ze skwarkami.
— Coś słabo działa na te wójtostwo — poskarżył się Wojtek po godzinie srogiego nadymania woli. — Może ten rytuał ma błędy w sztuce mularskiej?
— Cicho bądź, Uczniu Niedoskonały! — ofuknął go Stasiek. — Trzeba ofiary z materii. Rzućcie na ołtarz to, co najcenniejsze.
Rzucili: paczkę „Sportów”, scyzoryk z wyłamanym ostrzem i pół pętka podsuszanej pasztetowej. Egregor na wskroś poleski natychmiast ożył. Wciągnął w siebie woń wędliny, zachichotał w belkach stropowych jak sowa i runął przez szpary w deskach prosto w wieś. Lecz miast budować Nowy Porządek Świata i pociągać za niewidzialne sznurki geopolityki, poszedł w to, na czym się znał.
Do rana we wsi działy się rzeczy zaiste wolnomularskie: u sołtysa furtka sama z zawiasów zlazła i przeniosła się na płot plebanii – z idealnym zachowaniem kąta prostego, co uznano za cud budowlany.
Staremu Grzegorzowi ktoś nocą przestawił stóg siana tak równo pod sznur, jakby go sam Pitagoras mierzył, choć siano jak gniło, tak gniło od spodu.
Zaś krowa kowala przez trzy dni dawała mleko nie białe, a lekko błękitnawe, jakby w nim kto wapno z cyrklem rozrabiał.
Zeszli się lożowicze nazajutrz w południe, zmęczeni duchową pracą, z czerwonymi ślepiami. Siedli na przyzbie, patrząc na wieś.
— I jak, Wielki Mistrzu? — spytał Małko, skubiąc fartuch z nawozu. — Rządzimy już planetą?
Stasiek Cybula popatrzył w dal, gdzie kura grzebała w nawozie, pociągnął nosem, w którym wciąż stał swąd siarki wymieszanej z obornikiem, i machnął ręką:
— Planeta musi poczekać, bracia. Na razie egregor zadecydował, że trza iść do sklepu po dwie zgrzewki piwa, bo suszy go nieludzko po tych tajemnicach. A potem obaczymy. Jak deszcz nie spadnie, to wieczorem będziemy telepatycznie przestawiać miedzę u Maciejuka, bo nam ze trzy skiby w pole wchodzi, psia jego mać.
Tak oto loża w Holi trwała przez lata: kosmosu nie ruszyli, rządów nie obalili, ale miedza u Maciejuka do dziś leży tak krzywo, jakby ją on sam z cyrklem o zmierzchu rysował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz