Doprawdy, powiadam wam, próżno szukać rozumu tam, gdzie kiszki marsza grają, a wielka metafizyka zderza się ze skrajnym deficytem wędlin.

W Domu Kultury w Holi chłód ciągnął od sieni, tynk dyskretnie sypał się na papachy słuchaczy, a powietrze pachniało stęchłą jesienią i zgaszonym petem. W tym to osobliwym anturażu trzech mężów stanu umysłowego poczęło rozbierać praprzyczynę wszechrzeczy na czynniki pierwsze, upatrując w dacie dwudziestego szóstego października nie byle jakiej fanaberii kalendarza, lecz samego pępka wieczności.

Najsampierw wystąpił Straton ze Synopy, ów Zmierzchowym przezywany. Chudy to był aparat, w palcie znoszonym, ręce w kieszeniach miętosił i przez nos cedził, jakoby żaden tam nie miał wątpliwości, że było to coś więcej niż brak chusteczki.

Twierdził ci on z powagą godną grabarza, że dopiero gdy październikowy szron chwycił nicość za gardło, ta ze strachu zgęstniała, oblekła się w ołów, glinę oraz kości i stała się twarda niczym podeszwa kamasza.

Sala milczała, bo w kącie kaloryfer rzęził na jednym żeberku, jakby sam Stratonową tezę o zamarzaniu kosmosu w czyn wprowadzał.

Zaraz po nim wkroczył Glaukon z Melos, personat tęgi, w szaliku z anilany, propagator rzeczonej idei Doskonałej Resztki. Ten z kolei machał rękami jak wiatrak na bagnie i prawił na odwyrtkę: świat z niczego powstać nie mógł, bo z pustego itd., itp…

Świat – powiada – runął na raz, dojrzały, ciężki i ociekający sokiem, jak przejrzała gruszka ulęgałka w sadzie za stodołą. A ów dwudziesty szósty dzień był momentem cięcia: cień zrównał się ze światłem pod kątem tak chytrze wykalkulowanym, że Stwórca zdołał odkroić wodę od lądu, nim mu się wszystko z powrotem w breję rozlazło.

Na koniec wylazł Ksenofont zwany Liczydłem, zezując w kajet w kratkę formatu A5. Ten już całkiem w obłęd zajechał – coś o jakimś skorpionie bredził, o odwracaniu rur eterycznych i o tym, że ziemia, zamiast grzać po próżnicy, nagle zassała cały kosmiczny przeciąg do środka, tworząc rdzeń twardy jak sęk dębowy. Liczył, mazał kredą po dykcie, ślinił ołówek i w stół stukał palcem sękatym, jakby ów dwudziesty szósty października osobiście na wadze dziesiętnej chciał przedstawić…

Słuchano by tego może i do nieszporów, kiwano by głowami w niemym zachwycie nad architekturą stworzenia, ale i tak prawdziwym, dziejowym punktem kulminacyjnym całego sympozjum okazała się chwila, gdy zza przepierzenia bufetu wychynęła pani Wiesława w zaplamionym fartuchu nylonowym, niosąc pusty gar emaliowany, i głosem nieznoszącym sprzeciwu obwieściła zgromadzonym:

— Koniec! Serdelków ni ma i nie będzie! Kto zjadł, ten zjadł, a reszta niech się dokarmia choćby tą mową obcą… Chociaż nasza pani Wiesia słyszała coś podobnego, bo jej syn przeto na KUL-u studiował, ale w sumie kto by tu się przyznać miał do takich dziwactw…

W tym momencie czas stanął w miejscu. Zamilkł Straton, zamarł w pół słowa Glaukon, a Ksenofontowi ołówek zdrętwiał w palcach. Zapadła cisza tak absolutna, ciężka i lodowata, jakiej nawet w pierwotnej nicości przed dwudziestym szóstym października nikt nie uświadczył.

Wszystkie oczy – dotąd mętne od nadmiaru kosmicznych sfer – zwróciły się ku stołowi, gdzie w parującym jeszcze kociołku pływał samotny, osierocony liść bobkowy w mętnej zawiesinie, obok zaś leżała nadkrojona bułka wrocławska i smętny kleks z musztardy stołowej.

Dopiero w tym dramatycznym momencie sala zrozumiała powagę sytuacji. Nastąpiło gwałtowne przegrupowanie sił umysłowych: lokalny aktyw, zapominając o skorpionach, eterach i gęstnieniu próżni, ruszył ławą pod ladę, by naocznie zweryfikować stan kotła, podejrzliwie lustrując kieszenie prelegentów, czy aby który z mędrców nie skitłał przypadkiem pętka drogocennego pod połą marynarki.

Pękła spójna myśl, prysł czar wielkiej teorii bytu. Został tylko ten jeden, niepodważalny fakt ontologiczny, wokół którego zogniskował się cały tragizm ludzkiej egzystencji w Holi: serdelków zabrakło.

To właśnie ów brak – owa bezdenna, nienasycona pustka po parówce – stał się dla wszystkich prawdziwym, namacalnym początkiem i końcem wszelkiego stworzenia… przynajmniej w naszej okolicy.