Otóż pamiętali gwiezdni przybysze – wedle starych swoich map i zapisków w międzygalaktycznym kajecie – że jak na Ziemię lecieć po rozum i dziwy, to prościutko ku Lubelszczyźnie sterować należy. Wszak od roku pańskiego 1978 Emilcin mieli w swoich kompasach zafiksowany na twardo, jako ten pępek świata, kędy pan Wolski z białymi kosmitczykami na furmance pogawędził.
Tym razem jednak nawigacja kosmiczna widocznie zwichrowała od magnetycznych zawirowań nad Wieprzem, bo ichnie lśniące naczynie – wielkie jak stodoła, a błyszczące niczym wypucowany rondel – zamiast pod opolskie lasy, siadło z cichym sykiem na łąkach pod samą Holą.
Wylizły tedy te istoty na zewnątrz: chude toto, łby wielkie jak u suszonych dyni, ślepia czarne niczym węgle z torfowego pieca, a skóra sinawa, zgoła jakby zsiadłego mleka po nocy za dużo popiły. Stanęły pośród traw, rozejrzały się po okolicy i wpadły w cichy, galaktyczny popłoch.
Gdzież to bowiem trafili? Zamiast znajomej emilcińskiej polany ujrzeli przed sobą cerkiewkę drewnianą, baniastą, co to w zmierzchu stała majestatycznie jak ze snu wyjęta, wiatrak w skansenie skrzydła ku niebu wyciągał, a w powietrzu pachniało suszonym sianem, dziegciem i woskiem pszczelim.
Byli, nie przymierzając, zgoła wstrząśnięci i zmieszani. Przekręcali te swoje antenki, klikali aparatami, mrugali diodami, a tu nic im się w schematach nie zgadzało. Systemy nawigacyjne kwiczały, a kosmiczny lęk począł ściskać ich bezcielesne gardła, bo myśleli, że wpadli w jakąś pradawną szczelinę czasoprzestrzenną, skąd powrotu na Andromedę już nie ma.
Na szczęście – jak to na tej ziemi bywa od wieków – zbawienie przyszło zza opłotka.
Wracał ci akurat z pola gospodarz miejscowy, chłop tęgi, w gumofilcach, z widłami na ramieniu i spokojem w sercu, co to go ani gradobicie, ani reforma rolna nigdy ze skóry nie wybiły. Zoczył lśniące żelastwo i te blade cudaki, co to stały kupą pod wierzbą i cicho piskały, drżąc na chłodnym wietrzyku.
— Nie bójta się, ludziska, co wy tam za jedne – rzekł gospodarz głosem niskim, tubalnym, po czym oparł widły o płot. — Zgubiliście się, a? Na jarmark do Holi toście spóźnieni, dopiero w następnym tygodniu coś będzie!
Kosmitczyki szare z początku chcieli puszczać, słysząc tę mowę, promienie paraliżujące, ale widząc, że chłop ani drgnie, jeno wyciąga z kieszeni kapotki zawiniętą w lnianą ściereczkę pajdę chleba razowego i kęs wędzonego boczku, dar przyjęli z wdzięcznością.
Gospodarz, widząc ich konfuzję i to, że im chłód do rzypek zagląda, zaraz machnął ręką po swojemu:
— Chodźta do sieni, wiatrem was przewieje, blade to jak śmierć na chorągwi.
Zaprosił gości za próg. Baby ze wsi zrazu za głowy się łapały, myśląc, że to jakie diabły leśne albo Niemcy w gumowych kombinezonach, ale chłop zaraz porządek zaprowadził:
— Dajcie spokój, wędrowiec w dom, Bóg w dom. Przeca widać, że strudzone i zmarznięte.
Postawili na dębowym stole gar parujących serdelków, misę kiszonych ogórków, a dla kurażu i rozgrzania galaktycznych trzewi gospodarz wyjął zza kredensu gąsiorek z samogonem pędzonym na miodzie i żytnim słodzie.
Szaraki z początku próbowali te dary badać swoimi laserowymi próbnikami, ale jak najstarszy z nich – ten z największą łepetyną – umoczył język w szklaneczce, tak mu się ślepia zaświeciły czystym, błękitnym światłem.
Wstrząśnienie i zmieszanie minęło w mig. Choć mowy ludzkiej zrazu nie znali, to po trzeciej kolejce i przegryzce ze swojskiej kiełbasy porozumienie nastąpiło bez żadnych translatorów. Znów okazało się, że chłopski rozum i prosta serdeczność tłumaczą wszelkie kody wszechświata lepiej niż najtęższe komputery pokładowe.
Nad ranem, kedy kogut piać zaczął, a mgła opadała, cała wieś wyszła pomóc przybyszom w drodze powrotnej. Chłopi przynieśli trochę smaru do wozów, podkleili urwany sensor taśmą, a sołtys palcem na mapie narysował im prostą drogę:
— O, stąd prosto na Parczew, potem miniecie Lublin z boku, na Puławy i za Opolem szukajcie tego swojego Emilcina, jak wam tak pilno do pomnika! Ale i tak u nas w Holi ładniej, to zapamiętajta.
Kosmici ukłonili się nisko, zapakowali do luku bagażowego wieniec czosnku, słoik miodu gryczanego i aniołka z lipowego drewna wystruganego przez miejscowego świątkarza, po czym ich spodek uniósł się bezszelestnie, zakreślił trzy kręgi nad cerkiewną kopułą na znak uszanowania i pomknął w chmury.
I tak to w Holi zostało zapisane w pamięci: że choćby przybysz był z najdalszej galaktyki, zielony czy fioletowy, to na lubelskiej ziemi głodny nie odejdzie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz