Niecodziennik Ziemi Holskiej
Rocznik II, Nr 4 (jesienny) — 26 października 1986 r.
Jesień u nas, jak powszechnie wiadomo, nie przynosi ze sobą wielkich hałasów. Czasem zaterkocze traktor z wykopków u sąsiada, czasem wilga zamilknie definitywnie przed zimą, a wiatr przeciągnie po strzesze wiatraka tak, że aż w zrębie zatrzeszczy.
Tymczasem w minioną niedzielę, dwudziestego szóstego października, w sam środek naszego poleskiego bezruchu wtargnęła osobistość ze wszech miar elektryczna.
Zawitał pod nasze wrota Zbigniew Karkowski – człek żywy, acz spojrzenia ponurego i żelaznego, prosto z dalekich stolic i laboratoriów zachodnich, gdzie – jak sam powiada – muzykę z tradycyjnego instrumentu konfrontuje się prądem o wysokim natężeniu.
Zamiast jednak zachwycić się misterną ciesielką cerkiewki św. Paraskiewy albo urodą suszącego się lnu, gość nasz stanął pośrodku podwórza, wbił wzrok w przestrzeń między oborą a kapliczką i zapytał bez ogródek:
— Jaki tu macie przydźwięk sieci i gdzie u was rezonuje najniższa fala?
Próbowaliśmy tłumaczyć, że sieć elektryczna u nas owszem, bywa, ale głównie jak druty na słupach po wichurze zerwie, a najniżej to chyba tylko woda w studni dudni, gdy żuraw opada. Zbysiu-san (do teraz nie wiemy, czemu kazał tak do siebie mówić) machnął na to ręką, ledwo słyszalnie wymamrotał, że to „organiczne marnotrawstwo herców”.
Następnie wszedł do chłodnego babińca, stuknął obcasem w podłogę, przytknął ucho do modrzewiowego bala i orzekł z kamienną powagą, że drewno posiada doskonałą, bezlitosną gęstość, która przy odpowiednim generatorze akustycznym mogłaby „rozkruszyć nawet zacietrzewienie starego pana szanownego Krówki” (jego samego to słowa).
Przy herbacie z lipowego kwiatu dyskusja stała się jeszcze bardziej osobliwa. Gdy gospodyni poczęstowała gościa drożdżowym plackiem, ten – zamiast o mące i zakwasie – jął rozprawiać o „czystej masie ciśnienia akustycznego”, przy której orkiestry symfoniczne są jedynie anachronicznym zawracaniem głowy, a folklor winien zostać zastąpiony przez ciągłą ścianę białego szumu o mocy kilkunastu kilowatów. Biedaczka nic z tego nie rozumiała, pozostało tylko przeczekać (jak jej babka wojnę), wpatrując się w zakalec.
— Muzyka nie ma wyrażać duszy, muzyka ma być fizycznym atakiem materii – perorował, stukając metalową łyżeczką w emaliowany kubek z częstotliwością równą niczym kurant na plebanii.
Pożegnanie było krótkie, bo i gość spieszył się ku szosie do Tokio (to chyba gdzieś pod Włodawą), nim ostatecznie zgasło bure, październikowe światło.
Zostawił po sobie w zagrodzie przedziwne wrażenie, jakby przez spokojną wiejską gęstwinę przetoczyła się niewidzialna burza magnetyczna albo transformator wysokiego napięcia stanął w ogniu.
My jednak zostajemy przy swoich siekierach i skrzypiących kołowrotkach. Choć przyznać trzeba – gdy wieczorem wiatr uderzył w korony starych dębów za płotem, przez chwilę zdawało się nam, że to nie jesienny podmuch, a pozdrowienia, które przez dźwięk przesyła właśnie nam ten osobliwy gość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz