W sobotnie popołudnie przed remizą w Holi zebrała się cała wieś. Sołtys Stanisław nie zwołał jednak zebrania po raz kolejny w sprawie żwirowania drogi za stodołami ani podziału funduszu sołeckiego. Stanął na odwróconej do góry dnem skrzynce po oranżadzie, rozwinął wielki arkusz szarego papieru pakowego i chrząknął tak uroczyście, że nawet kury sąsiada przestały grzebać w pokrzywach.

— Ludzie! — zaczął, unosząc palec ku niebu. — Paryż miał swoje pięć minut, Tokio też, a teraz czas na Polesie. Będziemy robić igrzyska. Letnią olimpiadę. Tu, u nas, w Holi!

Zapadła na te słowa taka cisza, że słychać było tylko brzęczenie bąka nad płotem. Pierwszy ocknął się stary Walenty, który oparł się mocniej na lasce i zmrużył oczy:

— Stasiek, a ciebie to słońce w ten łysy łeb nie przypiekło przy sianokosach, a? Gdzie u nas olimpiada? Na czym? Na krowim pastwisku?

Sołtys tylko na to czekał. Z dumą stuknął palcem w rysunek, który z bliska przypominał skrzyżowanie koła fortuny z planem melioracji rowów.

— Walenty, ty myślisz kategoriami ubiegłego stulecia, a tu trzeba wizji! Logistykę mamy opanowaną lepiej niż Grecy. Po co nam stawiać drogie baseny za miliony eurokołchozowych dotacji? Mamy przecież staw u Kaziuka! Woda naturalna, z rzęsą, bogata w minerały. Na kajaki i wioślarstwo jak znalazł, tylko się Kaziukowe kaczki na ten czas zamknie w chlewiku, żeby toru przypadkiem nie blokowały. A jak przyjdzie do pływania na sto metrów stylem grzbietowym, to żaden zawodnik nie utonie, bo woda po pas, a na dnie miękki muł.

— A biegi? — rzucił z tłumu młody Jasiek, sceptycznie żując źdźbło trawy. — Gdzie ten cały tatar… ten, tartan położysz?

— Jaki tartan, po co komu jaka guma! — żachnął się sołtys. — Prawdziwy sport to kontakt z naturą. Szosa od cerkwi do skansenu ma równe dwa kilometry. Pobiegną asfaltem, a jak wpadną w polną drogę pod lasem, to będzie maraton z przeszkodami. Tam są takie koleiny po wywózkach drewna, że kenijscy biegacze dopiero u nas zrozumieją, co to znaczy wysiłek. Zresztą, jak Burek od leśniczego zerwie się z łańcucha, to rekordy świata posypią się jeden za drugim bez żadnego dopingu!

Kobiety zaczęły szeptać między sobą, a sołtysowa tylko załamywała ręce za plecami męża, dając zebranym znaki pukaniem w czoło. Stanisław był jednak nie do zatrzymania. Przeszedł do dyscyplin rzutowych.

— Dysk i młot zrobimy na ugorze za remizą. Zamiast drogiego sprzętu – bronka talerzowa i stare koła zamachowe od sieczkarni. Jak jeden z drugim rzuci naszą broną na trzydzieści metrów, to i pole od razu wzruszy, podwójny pożytek będzie! A pchnięcie kulą? Kamieni na polach po zimie mało mamy? Każdy dostanie swój i niech ciska pod las, przynajmniej się ziemię oczyści pod buraki.

— A zakwaterowanie? — zapytał wójtowy brat, który zawsze lubił wtrącić trudne słowo. — Gdzie te wszystkie uny będą spać? W hotelach? Toż to najbliższe we Włodawie…

— Hotele to wymysł burżujów — uciął sołtys, kładąc rękę na sercu. — Prawdziwy sportowiec potrzebuje spokoju i zapachu siana. Kto ma stodołę, ten daje kwaterunek. Na sianie zdrowo, kręgosłup odpoczywa, a rano zamiast durnych odżywek w proszku – szklanka zsiadłego mleka, pajda chleba ze smalcem i ogórek małosolny. Taki jeden z drugim jak zje pół bochenka z naszej piekarni, to i traktor jedną ręką w powietrzu utrzyma.

Na placu rozległy się pierwsze niepewne uśmieszki. Chłopi zaczęli kalkulować. Ktoś zauważył, że ceremonii otwarcia nie trzeba zamawiać u reżyserów z telewizji, bo wystarczy zawołać miejscowy zespół śpiewaczy – jak panie pociągną poleskie pieśni, to nawet delegacja z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego popłacze się w mankiety.

— No dobra, Stasiek — odezwał się w końcu sołtysowy szwagier, drapiąc się po karku. — Pomysł może i ma ręce i nogi. Ale skąd weźmiemy te medale? Ze szczerego złota przecież nie uklepiemy.

Sołtys uśmiechnął się triumfalnie, jak człowiek, który przewidział każdy ruch przeciwnika:

— Medale to drobnostka. Zrobi się z plasterków suszonego dębu, ładnie wypali lutownicą koła olimpijskie, a na szyję powiesi na sznurku od snopowiązałki. Za pierwsze miejsce dąb, za drugie brzoza, za trzecie sosna. Pamiątka na całe życie, modna, ekologiczna. A dla zwycięzcy w maratonie – zamiast wieńca laurowego – pęto swojskiej kiełbasy z jałowcem i gąsiorek księżycówki od starego Cierpy. Zobaczycie, że za cztery lata nikt o żadnym Los Angeles nawet nie wspomni, bo wszyscy będą znów chcieli startować w Holi!

Gdy zebranie dobiegło końca, wieś nie podjęła wprawdzie oficjalnej uchwały, ale Walenty z Kaziukiem poszli w stronę zagrody wolniejszym krokiem, zerkając z ukosa na staw.

— Ty, Kaziuk — mruknął Walenty, zapalając papierosa. — A może by tak te kaczki faktycznie ze stawu przepędzić? Tak na wszelki wypadek, jakby ten cały komitet ze Szwajcarii rzeczywiście tu chciał przyjechać…